Krzysztof Marczak, Mariusz Tymosz
Krzysztof Marczak: Od kilku lat obserwujemy wzrost liczby czynników, które mogą wywołać kryzys w polskiej gospodarce, albo przynajmniej spowodować znaczącą korektę rozwoju. Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnio ten trend przyśpieszył. Czy to mylne wrażenie obserwatora zza oceanu, czy też rzeczywistość, która staje się coraz bardziej widoczna?
Mariusz Tymosz: Jeszcze do niedawna większość społeczeństwa uważała, że nic złego w polskiej gospodarce się nie dzieje, a perspektywy są dobre.Na jesieni zeszłego roku nastąpiła zmiana podejścia. Obawy napędziły gwałtownie rosnące ceny żywności, ekstremalnie wysokie rachunki za energię i wymykająca się spod kontroli inflacja, sięgająca wtedy ok. 5% – dziś to ponad 12%. Widać pierwsze oznaki spowolnienia w budowlance, w przeciwieństwie do produkcji przemysłowej, która cały czas jest na rekordowych poziomach. Kryzysu jeszcze nie widać, ale Twoje spostrzeżenia są jak najbardziej trafne. Polska rzeczywistość zmienia się na naszych oczach. A jak sytuacja wygląda za wielką wodą? Czy koszty życia również wzrosły znacząco w ostatnim czasie?
Krzysztof Marczak: Tak, wzrost inflacji widoczny jest również tutaj. Ale jego skala jest nieporównywalna do podanych przez Ciebie wartości. Mam wrażenie, że inflacja traktowana jest tutaj bardzo poważnie, co dodaje paliwa do presji sprzedażowej na Wall Street. Szef Rezerwy Federalnej nie pozostawia wątpliwości, że podwyżki stóp procentowych będą nieuniknione. Giełda nowojorska zawsze śledziła politykę FED z dużą uwagą.
Wróćmy jednak do Polski. Mówiliśmy o tym wiele razy, że przy rządowych zapędach do kontroli wskaźników ekonomicznych połączonych z manipulowaniem danymi oświadczenia Glapińskiego trudno było traktować poważnie. To, że społeczeństwo może się nie orientować w temacie to zrozumiałe, ale gdzie podziali się analitycy, ekonomiści i dziennikarze. Przecież na tym polega ich rola, żeby wskazywać takie zagrożenia?
Mariusz Tymosz: Część analityków rynkowych i dziennikarzy ekonomicznych już o dawna alarmowała, że należy jak najszybciej podnosić stopy procentowe. Oczywiście były to głosy mniejszości, jeśli chodzi o przekaz medialny, a na pewno niewystarczające, aby móc wpłynąć na decyzje rządzących. Obecny Prezes NBP jest protegowanym partii rządzącej, a celem jego jest wyłącznie dbanie o interes polityczny. Stąd takie, a nie inne działania zostały przez niego podjęte.
W obecnym cyklu podwyżek stopy procentowe wzrosły już do 5.25%, a to znacząco ograniczyło zdolności kredytowe wielu Polaków. Ostatnio moją uwagę przykuł komunikat Polskiego Związku Firm Deweloperskich, który głosił, iż sprzedaż mieszkań w tym roku spadnie w Polsce o 20-30%, a liczba nowo rozpoczętych inwestycji spadnie z poziomu 165 tys. w 2021r. do 125 tys. Jeśli te prognozy miałyby się sprawdzić, czeka nas fala bankructw na rynku firm budowlanych. Przesłanka do tego może być wycena WIG-Nieruchomości z GPW, który przez ostatni rok spadł ponad 20%. Powiedz Krzysztofie zatem, jak wygląda sytuacja na rynku nieruchomości w Stanach, czy widać symptomy spowolnienia, czy też zmiany sentymentu na rynku budowlanym?
Krzysztof Marczak: W USA trwa od pewnego czasu mocny trend zwyżkowy na rynku nieruchomości, a ludzie z branży obecnie oczekują raczej spowolnienia, niż zmiany kierunku. Po kryzysie sub-prime mortgages wprowadzono wiele (moim zdaniem zbyt wiele) regulacji, aby sytuacja się nie powtórzyła. Ceny domów, mierzone indeksem Case Schillera po raz pierwszy od lat zaczęły wtedy spadać z powodu kryzysu, ale potem długo trwały w pewnej stagnacji, również z powodu zmian prawnych. Ale jak wiemy, kiedy na rynku powstają warunki do powstania trendu, jest tylko kwestią czasu, kiedy rynek się obudzi. Ostrożność deweloperów w warunkach pandemii obniżyła podaż do historycznych poziomów, co w połączeniu z migracją po odwołaniu lockdownu zmieniło geografię rynku. Jednocześnie można zauważyć, że obecny trend nie ma nic wspólnego z bańką sprzed roku 2008. Po prostu jest reakcją na kilkuletnią stagnację, zatem jest bardziej powrotem do normy, niż rynkiem spekulacyjnym.
Wróćmy jednak do Polski. Na czym w takim razie może się oprzeć polska gospodarka, skoro tyle sektorów ekonomicznych nie rokuje dobrych nadziei na przyszłość?
Mariusz Tymosz: Bardzo dobre pytanie. Na pewno przemysł był wyróżniającą się gałęzią gospodarki, która w ostatnim czasie wyglądała bardzo dobrze i miała niezłe perspektywy. Niestety rosnące ceny energii i wojna na Ukrainie zabijają polski przemysł. Na przykład dzisiaj produkcja aluminium w Polsce jest całkowicie nieopłacalna, bo koszt energii jest za wysoki, a stanowi prawie 50% kosztu produkcji. Najbogatsi Polacy tacy jak M. Sołowow, czy Z. Solorz-Żak zaczynają poważnie myśleć o budowie małych reaktorów atomowych. Pozostali przedsiębiorcy będą skazani na wysokie rachunki za energię co w niedalekiej perspektywie może obniżyć znacząco ich konkurencyjność na arenie międzynarodowej. Najnowsze dane z polskiego przemysłu mówią o wzroście w kwietniu o 13% w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. W ujęciu miesięcznym nastąpił już jednak spadek o 11,3%.
Czy będzie to trwała tendencja, czy tylko chwilowy spadek okaże się w najbliższych miesiącach. Wszystko będzie zależało od ewentualnego spowolnienia w gospodarce niemieckiej, ale również i amerykańskiej. Czy wysokie ceny energii na rynku amerykańskim są zauważalne i czy mogą wpłynąć negatywnie na sektor produkcyjny?
Krzysztof Marczak: W tym miejscu przypomina mi się stare powiedzenie, że „Kiedy Ameryka kichnie, to Europa ma katar”. W Polsce jest ono często nielubiane, ale dobrze pokazuje zależność pomiędzy powiązanymi ze sobą systemami ekonomicznymi. I wszystko wskazuje na to, że po raz kolejny się sprawdza, bo również tutaj obserwuje się wzrost cen energii i paliw. Tyle że najszybszy wzrost cen energii elektrycznej, jaki miał miejsce w 2021 roku wyniósł 4,7%, a ceny paliw, choć utrzymują się na szczytach, nie odbiegają znacznie od średniej z ostatnich 15 lat. Dziś opublikowano prognozę CBO (Congressional Budget Office), z której wynika, że obecny rok 2022 powinien przynieść wzrost GDP (PKB) 3,1%, a inflacja powinna spaść do poziomów przedpandemijnych do roku 2024. To z kolei oznacza, że planowane przez FED podwyżki stóp procentowych nie powinny wywołać recesji.
Czy tak naprawdę będzie? CBO jest federalną agencją dwupartyjną i czołowym źródłem informacji ekonomicznej dla Kongresu, zatem można założyć, że raport został przygotowany rzetelnie. A to z kolei oznacza, że jeżeli nawet rzeczywistość będzie nieco inna, to różnica pomiędzy przewidywaniami a życiem nie powinna być dramatyczna.
Jakie są zatem prognozy dla Polski i Europy? Według przytoczonego tutaj nielubianego, ale sprawdzonego przysłowia rokowania dla tamtej strony Atlantyku są dobre. Tyle, że w przypadku Polski może to potrwać dużo więcej czasu, zanim pojawią się oznaki poprawy. I to przy założeniu, że polska polityka gospodarcza nie przyniesie jakichś decyzji, które mogłyby dodatkowo opóźnić ten proces. A jak wiemy z historii tego nigdy nie można być pewnym.
