Druga twarz kryptowalut

Autor: Krzysztof Marczak

Siła trendu, a rynek

W Polsce mało znane są zabawki Beanie Babies. Same w sobie nie są niczym nadzwyczajnym. Wykonane z materiałów syntetycznych i wypchane, a raczej luźno wypełnione plastykowymi kulkami były w USA początkowo z trudem sprzedawane po ok. 5 dolarów za sztukę i wielu dystrybutorów w ogóle nie chciało na nie patrzeć. Sytuacja zmieniła się, kiedy firma Ty Inc., ich wytwórca zaczęła ograniczać ich dostawy oraz zatrzymywać produkcję niektórych modeli, zastępując je innymi. Brak niektórych „pluszaków” na rynku wywołał modę na kupowanie i kolekcjonowanie ich, ceny niektórych zaczęły bić rekordy, sprzedaż eksplodowała i szaleństwo rozprzestrzeniło się na cały kraj. Jak gorący był to trend, można oszacować po cenie „Księcia Misia”, którego obecna wartość to pół miliona dolarów, a wiele z pozostałych pożądanych zabawek utrzymuje się na rynku w cenie powyżej 100 tysięcy dolarów. Przypomnę raz jeszcze – mówimy o małych zabawkach ze sztucznego pluszu, wypełnionych plastykowymi kulkami.

Poszukiwanie okazji na rynku finansowym

Po tym wstępie każdy, kto rozumie, jak działa rynek, bez trudu zauważy podobieństwo pomiędzy kryptowalutami a „Beanie Babies”. I tu i tam zadziałał podobny mechanizm – ograniczona podaż wywołuje lawinowy popyt. Klimat, w którym „wszyscy kupują” a ceny rosną, dodaje jeszcze dodatkowego paliwa do już szalonej mody, w której rozsądek został porzucony dawno temu.

Skąd się to bierze? Poszukiwanie „okazji” to znana ludzka przypadłość. O ile w życiu codziennym może to czasem przynosić korzyści, to na rynku produktów finansowych jest jednym z głównych powodów rozczarowań. Jeszcze niedawno temu „najlepszym” sposobem na szybki zysk był Foreks, którego entuzjaści byli głusi na wszelkie argumenty, potem przyszła kolej na „krypto”. Kryptowaluty były lepszym produktem od Foreksu, bo lepiej się wpisywały w „świetlaną przyszłość świata technologii”, a mechanizm ich pozyskiwania był jeszcze trudniejszy do zrozumienia, niż różnice pomiędzy Foreksem a giełdą, których przeważająca większość inwestorów, a raczej w przypadku Foreksu dostawców kapitału nigdy nie zgłębiła do końca.

Kryptowaluty, a waluta lokalna

Dodatkowo nazywanie „kryptojednostek” walutami było dobrym trikiem marketingowym. Wielu ludzi nabrało przekonania, że „krypto” jest podobnym środkiem płatniczym jak oficjalne pieniądze używane w różnych krajach. Nietrudno się domyślić, że większość z nich nawet nie wie, że w pewnych warunkach każdy ma teoretycznie prawo do emisji własnej waluty. Nie trzeba tutaj chyba tłumaczyć, czym taka waluta będzie się różniła od dolara czy euro. W mieście Ithaca, w stanie Nowy Jork przez długi czas emitowano lokalną walutę Ithaca HOUR, podobne można spotkać w Calgary, Bristolu, w Volos (Grecja) i innych miastach. Wniosek? To, że nazywamy coś walutą, nie oznacza, że możemy od niej oczekiwać podobnej stabilności jak od tych, wchodzących w skład „koszyka walut”. Podobnie jest z kryptowalutami. Nie stoi za nimi żadna gospodarka i żaden bank centralny. To, że masy je kupują, windując ceny, nie ma znaczenia. W tym momencie są bardzo podobne do zabawek „Beanie Babies”. Jak długo trwa trend i wciąż są w modzie, ich wartość może być znaczna. Ale kiedy moda przeminie mogą robić równie groteskowe wrażenie jak pluszaki.

Przyszłość cyfrowego pieniądza

Czy kryptowaluty mogą stać się oficjalnymi pieniędzmi bankowego obiegu? Na pewno nie na tym etapie rozwoju cywilizacji. Każde państwo lub strefa walutowa prowadzi swoją własną politykę emisji pieniędzy i w miarę potrzeby drukuje ich więcej, bez potrzeby „kopania” w kryptografii. Karkołomnej próby połączenia własnej waluty z „krypto” dokonał właśnie Salwador, najwyraźniej nie rozumiejąc ryzyka takich operacji. Skutki tej strategii okazały się opłakane.

Tyle bolesnych podsumowań, a co po stronie zysków? Technologia blockchain użyta do „produkcji” kryptowalut jest jednym z najnowszych osiągnięć technologicznych i może mieć szerokie zastosowanie. Nie ma to jednak żadnego związku z ryzykiem kupowania kryptowalut.

Kiedy zbierzemy to wszystko razem, zapewne ktoś zada pytanie „dlaczego nie przestrzegaliśmy inwestorów przed kupowaniem krypto”? Owszem, przestrzegaliśmy, tylko mało kto wtedy chciał słuchać. I tak jak w przypadku Foreksu i innych sposobów na „szybkie wzbogacenie” od kiedy taki produkt stanie się modny, to logika zostaje odsunięta w kąt i zaczyna on żyć własnym życiem. Czasem potrzebuje długich lat, zanim pokaże swoją prawdziwą wartość, a nie tą, opartą na masowym trendzie. Dlatego zamiast przestrzegania przed „krypto” lub też innymi „cudownymi” metodami na pieniądze, jakie się prędzej czy później pojawią, przypominamy tylko jeden rozdział z „elementarza inwestora”. Brzmi on, że bez względu na to, jak bardzo atrakcyjnie wygląda cyfrowa waluta, strategia Foreksowa, inwestycja w tulipany, rakiety czy dzieła sztuki bez zrozumienia ich ryzyka należy je oglądać tylko z daleka.

 

Zostaw komentarz