Down, czyli o spadkach.

Autor: Krzysztof Marczak

 

Jeszcze kilka tygodni temu mieliśmy cały urodzaj wykresów, modeli, porównań i czego tam jeszcze zwiastujących rychły koniec świata dla Wall Street, a jeśli nawet nie, to przynajmniej krach. Zwróciłem na to uwagę, że jeżeli zdecydowana większość naszych krajowych ekspertów uważa tak samo, to będzie dokładnie odwrotnie, czyli mamy klasyczny „buy signal”. Obecnie wiadomym już jest, że zaraz potem pojawiła się okazja kupna o.k. 10% taniej od historycznych szczytów, zatem sygnał znowu zadziałał. W tym miejscu pseudo-analityk wpadnie zapewne w euforię, ale doświadczony profesjonalista musi przyjrzeć się dokładniej, skąd bierze się to zjawisko.

 

Trochę teorii

Dla przypomnienia. Korekty wobec trendu głównego, czyli spadki, po których rynek wraca z powrotem do szczytów i ustanawia kolejne rekordy są dla indeksów Wall Street tak normalne, jak deszcze jesienią, tyle że ich częstość i głębokość jest dużo trudniejsza do przewidzenia niż prognozy pogody.

Dlatego znakomita większość biznesu inwestycyjnego na Wall Street nie próbuje nawet ich przewidywać, gdyż zazwyczaj nie przynosi to żadnych praktycznych korzyści. Ryzyko zawsze tam jest i wszelkie używane strategie powinny je uwzględniać.

M.in. z tego powodu wymogi raportowania i przejrzystości są tam najwyższe na świecie, aby jakiekolwiek próby ukrywania tego ryzyka mogły zostać rozpoznane. Każdy profesjonalista musi nauczyć się z nimi żyć, bo innego wyjścia nie ma. W teorii wydaje się to proste, i to jest właśnie problem „rozgryzania” Wall Street na papierze. Papier przyjmuje wszystko, ale nie jest w stanie nauczyć najważniejszego – życia z korektami na codzień. Szacuje się, że tylko kilka procent populacji nauczy się z nimi egzystować. Reszta musi zmienić zawód, albo… znaleźć sobie inne miejsce, gdzie można tę naukę ominąć.

I tu jest najciekawsza część tego całego wywodu. O ile w USA profesjonalista podejmujący czasem  wielomilionowe ryzyko, który nie nauczy się normalnie spać i jeść będzie musiał zmienić zawód, o tyle w Polsce ma dużo innych możliwości. Może dołączyć do grupy, która nigdzie nie inwestuje, albo przynajmniej z dala od Wall Street,ale często na ten temat się wypowiada. Dla laika brzmi to bardzo podobnie, o wyniki tych proroctw nikt w Polsce nie pyta i tak jest dużo wygodniej. Byleby tylko ktoś za te opinie i pokazy płacił. Jeśli tak, to nie problemu, a przynajmniej nie jest on widoczny od razu.

 

„Buy signal” PL pro

Problem jest taki, że „papierowy ekspert” przerabia wiele informacji, ale jego rozwój inwestycyjny stoi w miejscu. Stąd powstaje tutaj ciekawa hybryda. Z jednej strony wypowiada on opinie, które pozornie brzmią jak czołówka światowa, z drugiej jednak strony coraz miesza je z komentarzami, bezlitośnie odsłaniającymi jego niedojrzałość. Przykładów, aż za wiele. Jednym z moich ulubionych jest pokazywanie jednego wykresu albo modelu, według którego skoro przedtem taka korelacja była, to teraz też będzie. Profesjonalista tylko się w tym miejscu uśmiechnie, bo takie złudzenia pozostawił za sobą wiele lat temu.

„Papierowy”, jednak nie widzi własnej śmieszności, bo on stoi od lat w tym samym miejscu. Nigdy nie musi weryfikować swoich przekonań na rynku, zatem wciąż poszukuje tego jedynego, idealnego wykresu czy modelu, po odnalezieniu, którego Wall Street stanie przed nim otworem.

Ponieważ nigdy go nie znajdzie, po kolejnej porażce nabiera wody w usta, po czym rozpoczyna za jakiś czas kolejne poszukiwania. I tak w kółko. Tymczasem jednak porusza się na tym samym poziomie i stąd ma wciąż reakcje typowe dla żółtodziobów. Jedną z najbardziej znanych jest lęk przed rynkiem i łatwość ulegania panice. Używamy tu określenia „lęk przed rynkiem”, bo lęk przed krachem, jak często jest tłumaczony, to po prostu bojaźń przed nieznanym. Nie da się jej pokonać przez pisanie mnóstwa artykułów na ten temat, podobnie jak pisanie o spadochroniarstwie nie uchroni nas przed lękiem w czasie pierwszego skoku.

Dlaczego zatem opisujemy tutaj to zjawisko w świetle naszego krajowego środowiska? Powód jest prosty. Przytłaczająca większość naszych blogerów i ekspertów wypowiadających się o Wall Street, w odróżnieniu od globalnego świata inwestorów nie ma w tej dziedzinie żadnego praktycznego doświadczenia.

Dlatego też polski sygnał „strachu” przed spadkami jest dużo bardziej wyraźny niż gdzie indziej. Przed każdą zbliżającą się korektą polskie sieci są bogate w przeróżne „straszne” przepowiednie, wzbogacane przez całą kolekcję wykresów, zestawień i modeli.

Kto nie wierzy niech cofnie się kilka tygodni wcześniej od spadku indeksów w połowie lipca, a zobaczy cały koncert „analiz”, które nawet w tej chwili większość autorów wolałaby zapomnieć. A ponieważ nikt nie pyta i nikt nie rozlicza, to pozostaje czekać na kolejny sygnał, bo widać wyraźnie, że „sygnaliści” niczego się nie uczą i jest tylko kwestią czasu, aż to samo zjawisko się powtórzy. Zabawne jest, że ich zachowania są bardziej przewidywalne od wykresów, które prezentują na poparcie swych lęków.

 

Proste, ale nie do końca

Skoro kupowanie korekt jest tak proste, to dlaczego nie jest stosowane masowo? I tu tkwi cały sekret. „Buying dips” jest proste, ale na papierze. Ktokolwiek chce zrozumieć siłę psychologii masowej powinien chociaż raz spróbować zagrać w ten sposób i wszystko stanie się jasne. Oczywiście stawka musi być na tyle duża, że zarówno potencjalny zysk, jak i strata musi mieć konkretną wartość, w odróżnieniu od groszowej zabawy na telefonicznych apkach. Od razu wszystko się wyjaśni. Nie przypadkiem strategia ta porównywana jest do łapania spadającej brzytwy, której rezultatem mogą być obcięte palce. Na wykresie może to wyglądać prosto, bo rysunek na papierze lub ekranie nie przekazuje emocji.

 

Procentowy zasięg spadków dla indeksu S&P 500 w latach 2009-2024.

Źródło: https://www.etftrends.com/innovative-etfs-channel/sp-500-snapshot-seesaw-week-ends-higher/

 

Co innego żywy trading. Potrzeba lat treningu i doświadczenia, aby w takich momentach chłodno kalkulować szanse i się w tym wszystkim nie pogubić. Jeżeli jednak ktoś myśli, że wyjściem jest sprzedać swoje walory i wrócić, kiedy rynek się uspokoi, jest w dużym błędzie. Taka praktyka jest gwarantowanym sposobem na ciągłe straty. A skoro stale tracić, to po co w ogóle inwestować?

 

Twoje zyski

Nie biorą się znikąd. Twój kapitał rośnie, bo jest pod stałą kontrolą ludzi, którzy nim zarządzają. Muszą zawsze wiedzieć, co robić, również wtedy, kiedy rynek zalicza spadki, a krajowi „eksperci” przepowiadają krach, którego potem nie ma. Oni potem starają się zapomnieć swoje kolejne, teoretyczne wpadki, nas na taki luksus nie stać.

Nasz wspólny kapitał zawsze będzie „pamiętał”, co się wtedy wydarzyło. Dlatego jeżeli, kiedykolwiek poczujesz obawy co do losu swojej inwestycji w czasie spadków, nie zapominaj o tym, że „ekspert” bez doświadczenia praktycznego na rynku może mówić interesująco, ale sam zachowuje się jak większość. A większość w takich momentach jest po prostu w błędzie, co dobitnie pokazują wyniki czołówki świata inwestycyjnego.

Jeżeli jednak poczujesz się silnie przekonany racjami kolejnego „eksperta” to spróbuj znaleźć jakiekolwiek długoterminowe rezultaty tych przepowiedni. Jeżeli takie znajdziesz, będzie to prawdziwy ewenement. W tym samym czasie o nasze nie musisz pytać. Są zawsze pod ręką, również wtedy, gdy na rynku jest „gorąco”. Nie przypadkiem „rynkowi opowiadacze” mają wtedy najwięcej do powiedzenia, gdyż pomimo całej ich wiedzy teoretycznej wciąż mają emocjonalne reakcje na poziomie amatorskim. Ci z kolei, którzy wypracowują Twoje zyski zazwyczaj nie mają wtedy na to czasu, bo mają więcej pracy niż zazwyczaj. Dlatego nie staraj się wtedy wciągać ich w jakiekolwiek dyskusje. Kiedy kurz opadnie, okaże się po raz kolejny, kto miał rację.

Zostaw komentarz