Analiza techniczna – metoda czy pułapka?

Autor: Krzysztof Marczak

 

Mało kto wie, że początki Analizy Technicznej (AT) to właściwie początki nowożytnej giełdy. Historia jej sięga roku 1800, a jej podstawy przypisuje się nikomu innemu, ale Charlesowi Dow. Od tego czasu biblioteka AT wzbogaciła się o przepastne tomy wskaźników, modeli, zestawień, wykresów i wszelkiej związanej z nimi statystyki. Wszystkie one mają ten sam cel – przewidzieć zachowania giełdy. I ten właśnie cel jest dyskutowany od lat, gdyż skuteczność AT nigdy nie została udowodniona. Można założyć, że Analiza Techniczna miała swoje lepsze i gorsze okresy w środowisku zawodowych analityków, ale jej krytycy nigdy nie złożyli broni zwłaszcza, że powstało wiele badań kwestionujących jej skuteczność. Nie wnikając w racje obu stron, na podstawie naszego długoletniego doświadczenia można przyjąć, że Analiza Techniczna może być skuteczna na niektórych rynkach, ale nigdy absolutnie tzn. nie zawsze, nie stale i nie w każdych warunkach. Dlatego jakiekolwiek próby całkowitego jej odrzucenia jak również traktowanie jej bezkrytycznie są obarczone błędem i nigdy nie wytrzymają próby czasu.

 

Popularna nie znaczy skuteczna.

Popularność analizy technicznej łatwo wytłumaczyć. Wszelkie wykresy, modele graficzne, wskaźniki, oscylatory wyglądają bardziej efektownie niż tasiemcowe raporty księgowe, z których czerpie analiza fundamentalna. Oprócz tego mają też kilka złudnych „zalet”, które są prawdziwą pułapką dla giełdowych amatorów. Robią „naukowe” wrażenie, dzięki czemu mało kto może się im oprzeć, a także dają złudzenie, że przez zgłębienie metod analizy technicznej można zdobyć umiejętności zawodowej analizy rynku kapitałowego (zawodowa oznacza tutaj skuteczna, produkowanie i publikowanie opinii, które nie są weryfikowane,są częścią sektora informacyjnego, a nie analitycznego). I tu prawdopodobnie tkwi największe nieporozumienie.

 

AT a Wall Street.

Nie jest prawdą, że poznanie Analizy Technicznej da nam szansę pobicia głównych indeksów Wall Street, jak również nie jest prawdą, że na nowojorskim parkiecie AT nie jest używana. W tym miejscu jak zwykle „diabeł tkwi w szczegółach” i na podstawie suchych teorii popartych internetem trudno zrozumieć zarówno jedno, jak i drugie. Dlatego pierwsze lata tego millenium w Polsce upłynęły pod znakiem euforii i wielkich oczekiwań wobec Analizy Technicznej, gdyż ani eksperci ani sympatycy, nigdy kombinatu Wall Street z bliska nie widzieli, a z daleka nie wydawał się on dużo inny od rodzimej giełdy, czy Foreksu. Stąd wzięło się wiele mylnych przekonań, które do tej pory pokutują na krajowym podwórku. Jednym z nich jest przekonanie o „wyższości” AT nad innymi metodami, zwłaszcza że analityk obeznany dogłębnie z procesem księgowania i niuansami fundamentalnymi raportów amerykańskich firm to w Polsce wielka rzadkość.

Wall Street to przede wszystkim analiza fundamentalna, do której przygotowanie odbywa się przez poznawanie ksiąg i raportów rachunkowych.

Nie jest też prawdą, że amerykańskie fundusze nie używają AT do zarządzania. Owszem używają, ale nie jako wiodącą metodę. Tak czy inaczej – jeżeli marzysz o karierze na Wall Street to znajomość wykresów niewiele Ci pomoże. Co innego, jeżeli masz spore doświadczenie w zakresie trików księgowych. Z taką wiedzą wiele drzwi stanie przed Tobą otworem.

 

AT jak religia.

Niebezpieczeństwo trzymania się AT jako jedynej metody jest takie, że możesz na pewnym etapie „uwierzyć” w AT i swoje techniczne metody, a to jest najgorsza rzecz, jaka może Ci się przydarzyć. Bo od tej pory zawsze będziesz szukał takiej drogi albo takiej interpretacji, która „musi” działać. A ponieważ w Polsce nikt tych opinii nie weryfikuje i nie sprawdza, to możesz przez całe lata stać w miejscu i wyszukiwać coraz to ciekawsze opisy i pomysły, które mają potwierdzić, że Twój kierunek jest słuszny. Tylko że nie jest i nigdy nie będzie.

AT jako metoda jedna z wielu. Co z tego wynika.

  1. Jeżeli uporczywie wierzysz jedynie w AT to jesteś fanatykiem, a nie kimś, kto rozumie rynek. Nikt z najbardziej prominentnych „techników” nigdy nie uległ takiemu skrzywieniu, bez względu na to, jakich marketingowych sloganów nie używano.
  2. Jeżeli nie potrafisz prognozować rynku lepiej od większości, to jesteś po prostu częścią tej większości, bez względu na to, jakie to metody nie poznałeś. Zawodowi finansiści współpracują z ludźmi, którzy wiedzą, jak korzystać z analizy, włączając w to AT. Dlatego nie pokazuj nam modeli, tylko powiedz co z tego wynika. Jeśli nie wiesz, to bądź uczciwy wobec siebie, powiedz sobie, że nie wiesz. Lepiej zmienić kierunek zawodowy, niż poszukiwać całe życie wskaźnika, który nie istnieje.
  3. Jeżeli chcesz kiedykolwiek dojść do poziomu profesjonalnego w rzemiośle analitycznym za pomocą AT to wpierw musisz sobie przyswoić podstawową prawdę, że AT czasami po prostu nie działa albo jej sprawdzalność bywa tak niska, że staje się bezużyteczna.
  4. Nie ucz innych AT, tylko dlatego, sam poświęciłeś dużo czasu na poznanie tematu. Jeżeli nie byłeś w stanie, tak jak większość ludzi, uzyskać sensowną skuteczność w jej stosowaniu to jesteś hobbystą, a nie finansistą. Nie ucz innych tego, czego sam nie umiesz.

 

Wiara czyni cuda?

Zdarza się to owszem, w medycynie, ale nigdy na rynku kapitałowym. Tu zawsze wygrywają ci, którzy potrafią swoje wierzenia i przekonania zostawić na boku. Jeśli uporczywie publikujesz te, a nie inne wykresy, które mają udowodnić, że masz rację, a tak się nie dzieje, to w rzeczywistości nie różnisz się niczym od laika, który nie ma pojęcia o AT, ale „ma przeczucie” że ten akurat zakup będzie zyskowny.

Kolejny mit pokutujący w naszej krajowej przestrzeni to ten, że produkowanie bezwartościowych rozważań przynosi efekt edukacyjny. Jest dokładnie odwrotnie. Nowi adepci rynku tym się różnią od ekspertów teoretyków, że testują publikowane koncepcje na własnej skórze i sami za nie płacą.

Efekt jest taki, że wielu z nich ucieka z giełdy na rynki, które są jedynie do giełdy podobne, tak jak Foreks czy rynek kryptowalut, nie wiedząc o tym, że tam właśnie czeka na nich najwięcej pułapek. I tutaj pojawia się ważne pytanie. Czy bez tej „teoretycznej pseudo-edukacji” efekt byłby podobny? Obawiam się, że tak. I to jest chyba najbardziej klarowne podsumowanie ostatnich dekad „promowania” wiedzy inwestycyjnej, która tak naprawdę nigdy nie została wypromowana.

Zostaw komentarz