Kto zarobił, a kto stracił

Autor: Krzysztof Marczak

 

„Fortuna najbogatszego człowieka świata, Elona Muska, zmalała o 10,6 mld dol. w ciągu 24h. Przyczyną tej sytuacji są spadki kursu Tesli na giełdzie” – https://www.money.pl/gospodarka/majatek-elona-muska-stopnial-o-miliardy-dolarow-w-jeden-dzien-powod-jest-powazny-6771936032844288a.html. Domyślam się, że większość czytających podobne doniesienia jest przekonanych o profesjonalizmie piszącego, korzystającego z globalnych serwisów informacyjnych. Jest dokładnie odwrotnie. Dlaczego? Bo bezlitośnie odsłania podstawowe braki wiedzy piszących takie rewelacje. Tym razem są to braki w alfabecie aktywów.

Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić doniesienia w stylu „w tamtym tygodniu Unia Europejska straciła dwa miliardy euro ze swojego majątku, a Burkina Faso zyskała 1 milion”? Oczywiście, że nie. Rzecz w tym, że jeden i drugi przekaz niczym się nie różni.

 

Powtórka z teorii

W tym momencie nie da się wrócić do akademickiej ławki, przy której gdzieś na początku kursu ekonomii lub rachunkowości powinien być wyjaśniany rozdział o aktywach. Ponieważ jednak nie jesteśmy portalem edukacyjnym, musimy najważniejsze podstawowe zagadnienia streścić w możliwie strawnej formie. Oto ona.

Majątki lokowane są w różne formy wartości – nieruchomości, papiery wartościowe, dzieła sztuki, biżuterię, kamienie szlachetne i wszelkie inne formy, które mają dwie cechy wyróżniające: wartość i płynność. Tę pierwszą cechę każdy rozumie bez trudu, ale zależnie od klasy aktywów wycena tej wartości może znacznie się różnić od innych. Płynność z kolei określa łatwość, z jaką możemy nabyć i sprzedać daną klasę aktywów. Nie trzeba nikomu tłumaczyć jak trudno sprzedać grunty orne niewysokiej klasy gdzieś daleko od cywilizacji, a z jaką łatwością można na przykład dokonać wymiany walut. Tę trudność lub łatwość obrotu określamy właśnie mianem płynności. Im bardziej płynny rynek, tym łatwiej kupić i sprzedać, i (co ważne) za cenę zbliżoną do wartości rynkowej. Kiedy płynność jest niska, jest dokładnie odwrotnie. Każdy zna jakąś historię sprzedaży domu, która trwała całe lata, aby uzyskać dobrą cenę. Rynek nieruchomości ma niższą płynność od rynku np. metali szlachetnych. Dlatego złoto można sprzedać praktycznie w każdej chwili, z niewielkim odchyleniem od obecnego kursu, a dom, zależnie od warunków, lokalizacji itd. można sprzedawać miesiącami, lub latami.

Kiedy mamy już ten alfabet wyjaśniony, wróćmy do „liczenia strat”. Akcje spółek notowanych na głównych giełdach amerykańskich są jednymi z najbardziej płynnych aktywów na świecie. To właśnie organizacja amerykańskiego rynku kapitałowego powoduje, że można nimi obracać na dużą skalę. Zmienny kurs to cała istota giełdy, jej najważniejszy nerw, dlatego wahania kursów są jej częścią, zarówno te mniejsze, jak i te duże. Dlatego “liczenie strat” na podstawie zmiany kursów jest podobnie niedorzeczne jak lamentowanie każdego poranka, że jesteśmy o jeden dzień starsi. Od strony technicznej jednak problem jest dużo szerszy, bo dziennikarz finansowy powinien wiedzieć, że strata lub zysk z obrotu akcjami jest kalkulowana po zamknięciu transakcji, czyli po sprzedaży pakietu akcji. Jeżeli likwidacji nie było, nie było ani zysku, ani straty.

 

Co musi umieć menadżer funduszu?

W jaki sposób inwestorzy o dużym kapitale oraz menadżerowie dużych funduszy radzą sobie z takimi wahaniami kursów, które w praktyce oznaczają zmiany wartości portfela nawet o miliony dolarów?  Przede wszystkim nie sprawdzają tego codziennie ani też nie czytają takich doniesień. Zarządzanie dużym kapitałem to umiejętność, która przychodzi z czasem. Wszyscy doświadczamy emocji w grze na rynku kapitałowym. Różnica pomiędzy profesjonalistą a amatorem polega na tym, że ten pierwszy uczy się latami, jak te emocje kontrolować, obracając coraz większymi sumami, a ten drugi niekoniecznie. Dlatego sektor profesjonalnych inwestorów rośnie razem z rynkiem, ale tylko bardzo niewielu amatorów utrzymuje się na powierzchni w dłuższym okresie czasu. Na Wall Street młodość nie jest atutem, bo ten proces wymaga czasu.

 

Blogowanie a lokowanie

Skoro wyjaśniliśmy sobie podstawy rozumienia aktywów, czas na kolejne pytanie, które chcąc nie chcąc, ponownie trafi do kategorii „dlaczego Goodwin?”. Ludzie, którzy popełniają tak kardynalne błędy w rozumieniu wyceny aktywów, nie są profesjonalnymi doradcami inwestowania, bez względu na to, jak bardzo atrakcyjne teksty piszą na ten temat (pewnie dużo lepsze, niż ten), bo ich dochód nie zależy ani od ich porad, ani od ich wiedzy. Zazwyczaj żyją z pensji, prowizji, tantiem etc. a jeżeli nawet (co też jest rzadkie) „grają” jakimiś walorami dodatkowo, to są to nieduże sumy i nawet w najgorszym scenariuszu nie wpłyną na ich budżet. Dlatego sektor dziennikarzy finansowych, blogerów, finfluencerów jest duży i panuje tam spora konkurencja, a sektor profesjonalistów o długiej historii i sprawdzalnych wynikach bardzo skromny.

Z tych samych powodów przeróżne mniej i bardziej dorzeczne „onlajnowe” porady nigdy nie będą miały wysokiej wartości dla inwestora z powodu konfliktu interesów. „Opowiadacz” giełdowy zawsze będzie szukał atrakcyjnego materiału do publikacji a inwestor zawsze będzie szukał rzetelnego instrumentu do lokowania kapitału, a te dwie kategorie zazwyczaj poruszają się w oddzielnych światach. Blogowe porady nigdy nie mają skuteczności (proszę pokazać chociaż jednego bloggera z udokumentowaną historią wyników), bo ich autorom zawsze brakuje jednego kluczowego elementu, który stanowi o różnicy pomiędzy zyskowną inwestycją a zabawą. Jest nią wiedza i doświadczenie, która jest potrzebna w sytuacjach kryzysowych. Łatwo opowiadać o zaletach kupowania ETF-ów, których się samemu nie kupuje lub o rynku surowców, którego z się z bliska nie widziało na oczy. Kiedy jednak rynek odwróci się przeciwko naszej inwestycji, to blogger nam nie pomoże, bo sam albo nie gra w ogóle, albo gra małymi stawkami i nie wie, co to są emocje związane z obsunięciem kapitału, liczonym w tysiące lub miliony. I w takim momencie my, menadżerowie zostajemy sami na placu boju, bo to my wiemy, co wtedy trzeba robić i nic to dla nas nowego. Bloggerzy i komentatorzy wtedy albo zmieniają temat, albo milkną w oczekiwaniu na „lepsze czasy”. W odróżnieniu od bloggera nam nikt za pisanie nie płaci, a bezpieczeństwo Twojej i naszej inwestycji to nasze być albo nie być. I tu właśnie nasz wspólny interes jest zgodny.

 

Progresywny, czyli jaki?

Często powtarzamy, że jedną z innowacyjnych wartości Goodwina są progresywne prowizje. Być może brzmi to tajemniczo, ale całość jest bardzo prosta do wytłumaczenia. Chodzi o to, że w „chudych czasach” naliczane są prowizje minimalne, a te wyższe tylko wtedy, kiedy Goodwin rośnie jak na drożdżach. Ten zabieg to kolejne pole, na którym zyskuje zaufanie inwestorów, bo im lepiej wyglądają ich interesy, tym lepiej dla Goodwina. Kolejnym atutem jest nasza zasada „minimum drobnego druku”, co oznacza przejrzystość. Z tego powodu dane o strukturze prowizji podajemy jedynie w celach informacyjnych. Wartość Goodwina jest ostateczna i nie podlega żadnym dodatkowym ukrytym prowizjom i opłatom.

Zostaw komentarz