Autor: Krzysztof Marczak
Temat systemów emerytalnych wypłynął w czasie naszego panelu dyskusyjnego porównującego systemy europejskie i amerykańskie, ale ponieważ jest to temat złożony, wymaga on oddzielnego opracowania.
Europejskie systemy emerytalne są generalnie kontynuacją idei Bismarcka, który w 1881 roku wprowadził pierwszy państwowy program pomocy dla starszych obywateli. W tamtych czasach emerytura przysługiwała powyżej 70 roku życia i była tak niska, że nie zmieniała znacznie losu starszych ludzi. Była jedynie pewnego rodzaju pomocą, a nie podstawą utrzymania. Poza tym średnia życia w tamtych czasach była odpowiednio niższa tak, że program ten nie wymagał znacznych nakładów finansowych. Mało kto wie, że w tamtych czasach również w USA istniały emerytury, głównie w miastach i dla wybranych zawodów jak strażak, policjant czy nauczyciel.
Europejski system od samego początku oparty był na funduszach rządowych, co oznaczało, że największe obciążenia tego systemu spoczywały na ludziach młodych (bo to właśnie oni musieli opłacać ten coraz droższy system przez większość swego życia). Tę niesprawiedliwą relację nazwano „sukcesją pokoleń” i stała się ona europejską tradycją. Jak prawie wszystko, na co rząd otrzymuje monopol na zarządzanie, europejskie systemy emerytalne rozrosły się od tamtego czasu w sposób monstrualny, a ich efektywność jest bardzo różna. Wszystkie one są bardzo kosztowne i wymagają armii urzędników do ich obsługi. Jak bardzo nieefektywny jest to system, można przekonać się, studiując statystyki OECD. Na przykład jeszcze w 2009 roku najbardziej „hojnym emerytalnie” krajem w Europie była… Grecja.
Dla odróżnienia, w USA do roku 1920 emerytury były wypłacane przez pracodawców na zasadzie umowy z pracownikiem, czyli bez udziału rządu. Dopiero w 1935 roku zatwierdzony został akt Social Security zapewniający emeryturę starszym pracownikom. W tamtych czasach wiek emerytalny wynosił 60 lat, podczas gdy średnia długość życia wynosiła 58.
Odmienne kierunku rozwoju
Podczas gdy w Europie rosły instytucje emerytalne a niekoniecznie emerytury, w USA, gdzie podejrzliwość do rządu jest wpisana w podstawy amerykańskiej kultury, rozwój tego systemu poszedł zupełnie inną drogą. Ponieważ państwowa emerytura (Social Security) nigdy wysoka nie była, wielu pracowników odkładało oszczędności na przyszłość. Aby jednak uchronić ten kapitał przed inflacją, pieniądze te były najczęściej inwestowane w produkty coraz szybciej rozwijającego się rynku kapitałowego. Wszyscy byli zadowoleni, zwłaszcza rząd amerykański, który z podatków od rosnącego kapitału otrzymywał coraz większe sumy. Dlatego też w pewnym momencie ponownie zadziałał amerykański instynkt. O ile opodatkowanie zysków kapitałowych wydawało się zrozumiałe, o tyle nakładanie podatków na zyski, które miały uchronić oszczędności pracowników, przeznaczone na własną emeryturę przed inflacją uznano za niemoralne. Ponieważ w 1962 zatwierdzono już plan emerytalny Keogh dla biznesu, który okazał się sukcesem, w 1974 roku wprowadzono dostępne dla wszystkich IRA, czyli Individual Retirement Account. Idea jest prosta – każdy, kto otrzymuje jakieś wynagrodzenie w USA, może część pieniędzy umieścić na specjalnym koncie, prowadzonym przez banki (lub inne instytucje finansowe) i dochód ten nie podlega opodatkowaniu (co roku podawane są limity takich odpisów). Pieniądze te mogą być inwestowane w instrumenty niskiego i średniego ryzyka, ale nie wolno ich podjąć przed osiągnięciem wieku emerytalnego, bo w przeciwnym razie trzeba zapłacić zaległe podatki wraz z karami i odsetkami. Czyli – program bardzo podobny do polskich planów IKE i IKZE.
W tym jednak miejscu podobieństwo się kończy. Podczas gdy polskie „ubezpieczenia emerytalne” nigdy się nie rozwinęły i obecnie znajdują się w stanie agonalnym (tylko niewielki procent społeczeństwa korzysta z tej formy oszczędzania i inwestowania na emeryturę), jednocześnie w USA indywidualne rachunki emerytalne nie dosyć, że rozrosły się do ogromnych rozmiarów (i to bez udziału administracji państwowej) to jeszcze wzbogaciły się o podobne plany emerytalne takie jak 401K. W roku 2014 poziom aktywów funduszy emerytalnych przekroczył 24 biliony dolarów i wciąż rośnie. Sukces tych planów opiera się na kilku cechach przemawiających na ich korzyść w porównaniu z przestarzałymi emerytalnymi programami rządowymi rozpowszechnionymi w Europie:
- Emerytura taka budowana jest na własnych oszczędnościach, przez co nigdy nie jest polem napięć międzypokoleniowych oraz walk politycznych.
- Możliwości wzrostu takich emerytur są dużo wyższe niż emerytur rządowych (zawsze inwestujemy własne środki lepiej od rządowych administracji, które są wolne od konkurencyjnej presji osiągania dobrych wyników).
- Emerytury takie napędzają rynek kapitałowy (gdzieś trzeba je ulokować). Ten z kolei napędza gospodarkę.
- Oszczędzanie części dochodów na emeryturę promuje budowanie nawyków oszczędzania (w tej klasyfikacji Polska znajduje się na bardzo dalekich miejscach w najróżniejszych rankingach).
- Ponieważ takie fundusze emerytalne zarządzane są przez prywatny sektor finansowy, ich efektywność jest dużo wyższa a koszty obsługi dużo niższe (odkładanie na ten cel ok. 10% dochodów w USA potrafi budować milionowe fortuny).
- Emerytura taka służy jednocześnie jako pewnego rodzaju zabezpieczenie. Co prawda wypłata tych środków przed osiągnięciem wieku emerytalnego skutkuje naliczeniem zaległych podatków, ale wciąż są to pieniądze, które mogą być użyte w dowolnym celu. Żaden, nawet najlepszy emerytalny fundusz rządowy nie ma takiej możliwości.
OFE w Polsce
Rozwijając ostatni punkt, bez trudu można wytłumaczyć, dlaczego polskie imitacje amerykańskiego IRA włączając w to OFE (Otwarty Fundusz Emerytalny), nigdy nie miały dużych szans powodzenia. Rachunki IRA, 401K czy Keogh to odmiana kont bankowych, do których właściciel ma zawsze dostęp i może je kontrolować (zazwyczaj jest to oddzielne konto w obsługującym nas na co dzień banku lub firmie inwestycyjnej obsługującej naszego pracodawcę). W Polsce OFE od samego początku korzystały z pieniędzy prywatnych, ale ich status był nieokreślony. Dlatego zamiast gotówki w pobliskim banku były instytucją, z którą przyszły emeryt miał jedyny kontakt poprzez wykazy przychodzące pocztą. Taka instytucja nie musiała konkurować na rynku, a jej struktura pozwalała na zatrudnianie w równie niejasny (lub „polityczny”) sposób. OFE od samego początku naliczały jedne z najwyższych na świecie prowizji, co dowodziło, że albo ich zarząd nie miał wystarczającej wiedzy o zyskowności sektora inwestycyjnego, albo traktował swoje pole działania tymczasowo, nie widząc w nim długoterminowych szans rozwoju. Ani jedno, ani drugie podejście nie dawało żadnych szans powodzenia. Ten brak odpowiednio zbudowanych relacji pomiędzy przyszłymi emerytami a zarządzającymi ich oszczędnościami emerytalnymi spowodował, że zamiast obywatelskiego inwestowania w przyszłość ożywił się dobrze znany z przeszłości sowiecki model, w którym państwo robi, co chce, a obywatel uznaje swoją bezsilność, dlatego stara się państwo oszukać, żeby uleczyć swoje sponiewierane ego.
Rozumiejąc ten opisany wyżej mechanizm, trudno być zaskoczonym zarówno przejęciem OFE przez ZUS, jak również ogłoszonym niedawno wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego uznającym środki OFE za pieniądze publiczne. Jest to schemat dobrze znany z PRL-u, w którym obywatel wpłacał pieniądze prywatne, a komunistyczny rząd decydował co z nimi zrobić. Na tym etapie nie wiemy jeszcze, czy to postanowienie zostanie zaskarżone do władz UE. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dziedzinie funduszy emerytalnych Polska właśnie cofnęła się w rozwoju o kilkadziesiąt lat do tyłu. Co gorsza – fakt, że w ramach projektu Unii Europejskiej jest to możliwe, świadczy na niekorzyść samej Unii. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jakie znaczenie dla gospodarki ma poszanowanie prawa własności. Tym bardziej że dotyczy to kraju, który nigdy jeszcze nie zbudował dobrego systemu emerytalnego.
Artykuł pierwotnie opublikowany w 2014 roku na stronie racjonalista.tv
