Autor: Krzysztof Marczak
Jako polsko-amerykański nestor rynku kapitałowego powinienem przyglądać się z satysfakcją agonii warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Kiedy ponad 20 lat temu nawiązaliśmy kontakt i miałem okazję wiele razy korzystać z jej gościnności w czasie spotkań i konferencji, jak również prowadzić wykłady i szkolenia w jej gustownie zaprojektowanych wnętrzach zarówno ja, jak i szacowna GPW żyliśmy nadzieją, że na gruzach PRL-u uda się zbudować nowoczesny rynek kapitałowy. Jednak dawne przyzwyczajenia odziedziczone po starym systemie stopniowo zaczęły brać górę pomimo wielu nowoczesnych rozwiązań i koniec końców okazało się, że w Polsce zabrakło menadżerów, którzy giełdę rozumieją. Dlatego efektowne kopiowanie połączone z entuzjazmem nie mogło przynieść dobrych rezultatów. Pomimo wielu starań GPW bardziej przypominała (i wciąż przypomina) bardziej urząd niż parkiet na Wall Street. Mając jako jeden z nielicznych w kraju doświadczenie na obu parkietach, musiałem trzeźwy osąd postawić ponad sentymentami i dlatego już od dawna zachęcałem polskich inwestorów do zapoznania się z rynkiem amerykańskim. To się nie mogło podobać, ale było uczciwe. Dlatego obecnie „a nie mówiłem” to marna satysfakcja. Naszym wspólnym marzeniem byłby nowoczesny parkiet, który nie musi się ścigać z giełdą nowojorską, ale bierze z niej dobre wzorce, a jednocześnie ma swój własny charakter. Tak się nie stało.
Nowe zainetresowania
W obecnych czasach mało kto już wierzy w polskie programy emerytalne mające przynieść odpoczynek „pod palmami” ani w to, że GPW jeszcze się obudzi. Godne odnotowania jest, że lekcja została przyswojona i w polskich mediach co raz więcej pojawia się artykułów na temat rynku amerykańskiego. Szkoda jedynie, że powielane są dawne błędy. Każdy rynek ma swoją specyfikę. Dlatego pośpieszne przestawianie się analityków i dziennikarzy niemających doświadczenia na zupełnie innym rynku, jakim jest rynek amerykański, nie może obyć się bez nieporozumień. I to właśnie obecnie obserwujemy.
Jak opisałem to zjawisko wiele lat temu (Giełda, jak żywy organizm – https://goodwin.com.pl/blog/gielda-jak-zywy-organizm/) zjawiska, na które wpływa duża liczba czynników takie jak masowe zachowania, albo pogoda badamy za pomocą statystyki, ale to są zawsze szacunki przybliżone. Stąd wzięło się porównanie do „żywego organizmu” giełdy. A skoro to jest żywy organizm, to nie można go poznać za pomocą algorytmu. Dlatego nasza gruntowna wiedza o innym człowieku opiera się na długoletnim doświadczeniu, a nie na kalkulacjach. Jeszcze kilka lat temu polskich inwestorów lokujących kapitał na Wall Street była garstka i jestem przekonany, znając realia, że ta liczba dramatycznie się nie zmieniła. Co się zmieniło zatem? Wzrosła liczba piszących i wypowiadających się o Wall Street. Byłby to powód do zadowolenia, gdyby ten klimat wyrósł na błędach, które wyjałowiły polski rynek kapitałowy. Jest dokładnie odwrotnie. W pogoni za poczytnością gubione są podstawowe zasady inwestycji. Po niedawnej bolesnej lekcji realizmu na rynku kryptowalut pora przyszła na wszystko inne, o czym można pisać. Dlatego widzimy potok najróżniejszych pomysłów na bogactwo: kupowanie dolara, rynek surowców, egzotyczne ETF-y i mnóstwo innych produktów z najróżniejszych rynków i sektorów, o najprzeróżniejszej charakterystyce i poziomach ryzyka.
Doświadczenie i specjalizacja kluczowe
Nie przypadkiem w świecie inwestycji specjalizacja jest jedną z podstawowych metod profesjonalnego zarządzania. Nawet w obrębie jednej firmy, lokującej kapitał na wielu rynkach zadania są podzielone na wydziały (departamenty) specjalizujące się w danym rynku. Biorąc pod uwagę zmienność i różnorodność produktów finansowych na globalnym rynku taka specjalizacja jak najbardziej ma sens. Dlatego pisanie o rynku amerykańskim na podstawie informacji zebranych w sieci przy niewielkim albo zbyt krótkim doświadczeniu może przynieść więcej szkody niż pożytku z kilku prostych powodów:
- To, że ktoś ma doświadczenie w pisaniu, nie oznacza, że ma wiedzę na polu inwestycyjnym. Dlatego tekst czasem robi wrażenie profesjonalne, ale od strony analitycznej jego poziom może być amatorski (bardzo częste zjawisko).
- Internet jest wszędzie, wiadomo. Ale żeby wybrać z niego wartościową informację potrzeba wiedzy. Bez niej publikacje stają się chaotycznym przekazem albo tłumaczeniem na polski przypadkowych tekstów. Dla nieznającego tematu mogą się wydawać ciekawe, ale ich wartość jest żadna.
- Tłumaczenie zachowania rynkowego w sposób stricte „naukowy” jest tak samo niedorzeczne, jak interpretacja za pomocą astrologii lub wróżenia z fusów. Nie znamy żadnych ścisłych metod prognozowania zachowań rynkowych. Giełda czasem zachowuje się zgodnie z analizami i przewidywaniami, a czasem robi dokładnie odwrotnie i wtedy jest chaotyczna i nielogiczna. Nikt nie wie, kiedy zachowa się według logiki, a kiedy nie. Dlatego rozbieranie jej na części i dokładanie do tego wybujałych tłumaczeń nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem, jest tylko amatorską próbą zrozumienia rynku kapitałowego, którego nie da się „zrozumieć” szybko i logicznie. Rynek trzeba poznać, ale to wymaga czasu i doświadczenia praktycznego, a nie tego, pochodzącego ze śledzenia internetowych wiadomości.
- Pamiętajmy, że publicysta nie utrzymuje się z inwestowania. W USA rekomendacje finansowe są pamiętane, dlatego są bardziej wyważone. W Polsce nie ma takiego zwyczaju. Nikt nie prowadzi żadnych statystyk trafności opinii przedstawianych przez finansistów i dziennikarzy finansowych. Dlatego ktokolwiek chce z nich skorzystać, nigdy nie będzie wiedział, czy mają one jakąś wartość praktyczną. A to oznacza, że czasem gra w orła i reszkę może przynieść lepsze rezultaty, niż korzystanie z takich opinii.
Nadchodzi nowe
Czy to oznacza, że pomimo tej całej palety wiadomości o rynku amerykańskim nie istnieje żadne źródło, któremu inwestor może zaufać? Na to pytanie nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć, bo znaczna większość auto-ekspertów unika kontaktu z nami, wiedząc, że ich braki w doświadczeniu zostałyby szybko dostrzeżone. Dobra wiadomość to taka, że trend już istnieje, a polski inwestor szybko się uczy (zwłaszcza kiedy musi). Dlatego z niecierpliwością oczekujemy pojawienia się nowego narybku, który nie będzie miał obecnych kompleksów, a z którym będziemy mogli dyskutować, tak jak to czynimy z naszymi amerykańskimi partnerami. Wiemy, że Ci ludzie już tam są. Teraz tylko kwestią czasu jest, kiedy ich poznamy.
