Autor: Krzysztof Marczak
My i reszta świata
Dwa kolejne wzrosty Goodwina to czas na refleksje. Tak, zgadza się. Nie na euforię, bo tę radość pozostawiamy amatorom i poszukiwaczom szybkich fortun, ale na moment przemyśleń, w którym miejscu jesteśmy teraz, w grudniu 2022, od strony globalnej kuchni pełnej inwestycyjnych atrakcji, ale wciąż targanej sprzecznymi porywami w atmosferze wielkiej niepewności.
Mógłbym tutaj wyłożyć wiele wskaźników i statystyk, których interpretację sam wykładałem i objaśniałem innym przez długie lata, ale nie zrobię tego. Zamiast tego spróbuję opowiedzieć w zupełnie inny sposób, dokąd teraz zmierzamy i czego możemy się spodziewać?
Krach nie nastąpił
W każdej strefie językowej występują ulubione słowa-straszaki, które wychodzą na powierzchnię w czasach nerwowego (niekoniecznie spadającego) rynku. Po polskiej stronie „krach” to wciąż numer jeden, po amerykańskiej stronie „krach” (crash) jest niemalże poza obiegiem, za to „recesja” działa na wyobraźnię. Jedno i drugie ma niewielki sens w oderwaniu od analiz, jest tylko hasłem wywołującym masowe reakcje lękowe.
Na naszym profilu facebookowym zamieściliśmy prognozę Scotta Minerd, jednego z szefów Guggenheima o spodziewanym 20% spadku. W tym samym czasie nasze przewidywania były odmienne (https://goodwin.com.pl/blog/czy-to-juz-bessa/). Od strony handlowej to Gugenheim jest faworytem, ma ponad 325 miliardów dolarów pod zarządem, ale to nie znaczy wcale, że potrafi lepiej rozumieć rynek. Jak widzimy, ta prognoza była zupełnie nietrafiona, nie mówiąc już o tym, że miała ona „drugie dno”, co mało kto zauważył. Gdyby rynek od tamtego czasu spadł o „obiecane” 20% nastąpiłaby wtedy burzliwa reakcja, bo oznaczałoby to dużo głębszą bessę od obecnej, w sumie „przeciętnej”. Minerd nie jest tu wyjątkiem. W czasach nerwowego rynku wielu utytułowanych (i uprzywilejowanych) wieszczy różne spadkowe scenariusze, wiedząc, że jak się nie uda, to i tak zostanie zapomniane, a jak się uda, to media okrzykną go prorokiem na długie lata. Słowem, nic do stracenia.
Mniej więcej w tym samym czasie po naszej polskiej stronie jeden z naszych „ulubionych” dziennikarzy, Maciej Samcik z „Subiektywnie o Finansach” zaproponował kupno dolara akurat na samym wierzchołku (5 PLN/USD), stąd na ten temat w jego rubryce nastąpiła potem cisza. Nie trzeba tu dodawać, że on sam naucza od lat wstrzemięźliwości, rozumienia ryzyka itp. Co innego jednak jest nauczać innych, a co innego kontrolować własne emocje, zwłaszcza kiedy od strony praktycznej ma się doświadczenie na poziomie własnej portmonetki. Inna perspektywa, inne widzenie.
Nie wchodząc w dłuższe rozważania i nie oczekując bynajmniej, że aktywa Guggenheima przejdą pod nasz zarząd i staniemy się wyrocznią dla polskich dziennikarzy finansowych (choć trzeba przyznać, że byłoby to miłe, jak i sprawiedliwe) warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że to właśnie my wiemy, co dla Goodwina najlepsze. I stąd nasza skuteczność.
Przystanek 2022. Co dalej?
Czasem powtarzam żartobliwe powiedzenie, że kiedy rynek już wszystkie inne kierunki zwiedził, to teraz nic mu innego nie pozostało jak rosnąć. I to jest rozdział roku 2022, który właśnie zamykamy. Wciąż nie wiemy, jak długo Wall Street ma zamiar poruszać się w kanale cenowym, i to jest obecny model, które akcje wciąż testują, ale przed nami styczeń 2023, jeden z najbardziej sprawdzalnych barometrów na nadchodzący rok.
Nasza znajomość rynku opiera się doświadczeniu i skuteczności, dlatego stronimy od krótkotrwałych prognoz, w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych i im podobnych. Jednocześnie nie staramy się na siłę „zgadywać”, kiedy rozpocznie się trend. Nasz, opublikowany lata temu w amerykańskim magazynie branżowym „Futures” wskaźnik OMI pokazuje to, co niektóre z najbardziej skutecznych analiz na Wall Street obecnie pokazują, a co można streścić w krótkim zdaniu: „coraz bliżej”.
Goodwin jak Tesla?
To, z pewnego punktu żartobliwe porównanie padło na jednym z naszych spotkań inwestorskich. Pierwsza reakcja wiadomo, z przymrużeniem oka. Bo nie te poziomy, nie ten zasięg etc. Ale kiedy temat się rozwinął, okazało się, że chodzi tu o coś innego, czyli o prostotę i innowacyjność.
Goodwin jest bardzo prostym do zrozumienia produktem. Nie potrzebujesz do niego arkuszy wskaźników, kolorowych wykresów i sztabu doradców. Każdy, kto zna tabliczkę mnożenia bez trudu potrafi obliczyć wartość swojego portfela „goodwinów” i równie łatwo potrafi wykalkulować, ile „nowych” może kupić. Goodwin nie potrzebuje skomplikowanej sieci sprzedaży złożonej z wysoko kwalifikowanych (i równie wysoce opłacanych) pośredników. Właściwie sprzedaje się sam.
Żeby jednak porównanie jeszcze dodatkowo pogłębić, popatrzmy na jego wpływ na środowisko. Goodwin nie potrzebuje również nadmiernych nakładów energii, a zespół ludzi, którzy go obsługuje jest i zawsze będzie znacznie mniejszy od jakiejkolwiek porównywalnej instytucji finansowej. Po prostu jest ekologiczny.
Ale nie Bitcoin
Po naszej długoletniej krytyce inwestowania w kryptowaluty przyszedł teraz czas na etap kolejny. Wciąż musimy powtarzać i tłumaczyć, dlaczego Goodwin kryptowalutą nie jest i nigdy się nie stanie. I można tu przytoczyć wiele bardzo ważnych różnic, jak niezależność od technologii blockchain, czy niemożność zaadaptowania go do obrotu giełdowego, ale w tym przedświątecznym podsumowaniu chciałbym zwrócić uwagę na coś, co przesądza o najbardziej istotnej różnicy pomiędzy Goodwin a kryptowalutami i wszelkimi innymi produktami, które mogą oderwać się od rzeczywistości.
Chodzi tu po prostu o to, że Goodwin przez swoje przepisy jest tak skonstruowany, że nie można nim spekulować poza jego systemem. I w tym miejscu jest bardziej podobny do ETFów niż do kryptowalut. Dlatego, chociaż Goodwin nigdy nie będzie się nadawał do zrobienia szybkich fortun, jednocześnie nigdy też nie będzie powodem personalnych tragedii lub wielkich rozczarowań. I o to nam chodzi.
