Egzamin Series 3, pierwszy krok do licencji CTA.

 

Krzysztof Marczak: Gratuluję zdanego egzaminu NFA Series 3. Czy możesz nam powiedzieć, co to za egzamin i do czego jest przydatny?

Mariusz Tymosz: Dziękuję bardzo. Po kilku miesiącach przygotowań mogę oficjalnie pochwalić się pozytywnym wynikiem. Zdanie egzaminu Series 3 pozwoli mi na rejestrację w NFA i uzyskanie uprawnień CTA (Commodity Trading Advisor), dzięki którym będę mógł legalnie oferować i sprzedawać programy inwestycyjne oparte o futures i opcje na rynku surowcowym i finansowym w USA.

Krzysztof: Jaki jest sam test?

Mariusz: Sam egzamin Series 3 składa się ze 120 pytań wielokrotnego wyboru i podzielony jest na dwie części. Pierwsza sprawdza wiedzę z zakresu funkcjonowania rynku kontraktów futures, strategii zabezpieczających (hedging) oraz opcji. Druga natomiast dotyczy znajomości przepisów prawnych organizacji nadzorujących rynek kontraktów terminowych, a mianowicie NFA (National Futures Association) i CFTC (Commodity Futures Trading Commission).

Krzysztof Marczak: Kto jest administratorem Series 3?

Mariusz Tymosz: Administratorem egzaminu Series 3 jest FINRA (Financial Industry Regulatory Authority), organizacja regulująca działalność firm maklerskich i giełd papierów wartościowych. Jest największym niezależnym organem regulacyjnym dla wszystkich firm maklerskich działających w Stanach Zjednoczonych. Misją FINRA jest zapewnienie, że amerykański sektor papierów wartościowych działa uczciwie i rzetelnie.

Krzysztof Marczak: Ja swój Series 3 zdawałem w Londynie, ale to było 20 lat temu. Jakie miałeś możliwości? Czy musiałeś podróżować?

Mariusz: Do najbliższego stacjonarnego centrum egzaminacyjnego miałem najbliżej do Berlina, choć Londyn również brałem pod uwagę ze względu na dogodne połączenia lotnicze. W Polsce takich ośrodków egzaminacyjnych nie mamy. Ostatecznie wybrałem opcję zdalną, którą FINRA wprowadziła kilka lat temu dla osób, które od swojego miejsca zamieszkania do najbliższego ośrodka mają więcej niż 150 mil. Jedyne, co musiałem zrobić, to wypełnić specjalny formularz „Distance Form” i odpowiednio przejść cały proces rejestracji. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę i podjąłbym tę samą decyzję ponownie.

Krzysztof: Opowiedz, jak to działa.

Mariusz: Pierwszym krokiem było założenie indywidualnego konta na stronie administratora, czyli FINRA, a następnie wniesienie opłaty egzaminacyjnej. W tym momencie otworzyło się 120-dniowe okienko na wyznaczenie terminu. Kolejnym krokiem, w przypadku egzaminu zdalnego, było złożenie wymaganych formularzy. Mając już wszystkie potwierdzenia, mogłem zaledwie z kilkudniowym wyprzedzeniem wybrać dogodny termin egzaminu.

Krzysztof: A miejsce?

Mariusz: Można wybrać dowolne — ja zdawałem ze swojego biura. Muszą być jednak spełnione określone warunki, m.in. zamknięte pomieszczenie, brak osób trzecich w środku oraz brak pomocy zewnętrznych, takich jak kalkulator, kartka papieru czy długopis. Wszystko to zapewnia aplikacja egzaminacyjna o nazwie „Prometric”. Najważniejsze jest szybkie łącze internetowe, komputer z odpowiednim oprogramowaniem oraz kamerka — najlepiej zewnętrzna, 360 stopni. Po spełnieniu wszystkich wymogów, kontroli miejsca oraz weryfikacji tożsamości przez pracowników Prometric, a następnie FINRA, jesteśmy dopuszczani do egzaminu.

Krzysztof: Dlaczego uważasz, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę? Mniej stresu z własnego biura czy coś jeszcze?

Mariusz: Stres jest tutaj kwestią drugorzędną. Egzamin w Londynie czy Berlinie wiązałby się dla mnie z wielogodzinną podróżą, noclegiem w hotelu, a w dniu egzaminu dodatkowo z dojazdem do centrum szkoleniowego, najczęściej we wczesnych godzinach porannych. Wszystko to może wpłynąć na jakość snu, koncentrację i świeżość umysłu podczas pisania testu. W przypadku formy zdalnej te problemy po prostu odpadają.

Krzysztof: Mieszkasz w Polsce. Dlaczego zdobywasz certyfikaty za oceanem? Rynek UE nie oferuje podobnych licencji?

Mariusz: Zgadza się — w UE tego typu uprawnienia jak CTA nie występują. Ten rynek jest zarezerwowany głównie dla dużych graczy, a lobby bankowe dba o to, aby taki stan rzeczy utrzymywał się jak najdłużej. Próg wejścia w przypadku założenia publicznego funduszu zarządzającego kapitałem zaczyna się od około miliona złotych wzwyż, co skutecznie zniechęca większość ambitnych projektów. Z tego, co pamiętam, 20 lat temu była inicjatywa stworzenia czegoś na wzór CTA, ale pomysł szybko upadł. Oczywiście mogę zdawać egzaminy finansowe na doradcę inwestycyjnego (licencja KNF), CFA (Chartered Financial Analyst) czy CAI (Certyfikowany Analityk Inwestycyjny) i przy dużej dozie szczęścia oraz znajomości pracować na etacie w korporacji finansowej tutaj, na miejscu. Fundusz CTA daje jednak znacznie większe możliwości rozwoju biznesu i wdrażania własnych strategii inwestycyjnych, stąd ten wybór.

Krzysztof: Jak wielu rodaków ma licencję CTA? Czy może wolą prowadzić własne wielomilionowe fundusze pod krajowym nadzorem?

Mariusz: Dobre pytanie. Z moich informacji wynika, że obecnie aktywnej licencji CTA nie posiada żaden Polak. W przeszłości były może dwie lub trzy osoby z takimi uprawnieniami. Taki stan rzeczy dobitnie pokazuje, jak niewielka jest wśród Polaków z branży wiedza o funkcjonowaniu rynku kapitałowego i możliwościach budowania struktur biznesowych na rynku amerykańskim. Osoby z wiedzą i ambicjami trafiają najczęściej do korporacyjnych struktur, gdzie realizują wyłącznie politykę firmy. Do najpopularniejszych funduszy zarządzających kapitałem nad Wisłą należą zaś TFI, głównie te należące do banków. Ze świecą szukać funduszy niezależnych, działających od wielu lat poza dużymi grupami kapitałowymi.

Krzysztof: W polskich mediach dużo czyta się o Wall Street. Wciąż organizowane są konferencje o amerykańskim i globalnym rynku kapitałowym. Jest nawet Wall Street — co prawda nie w Nowym Jorku, tylko w Karpaczu, ale jednak. Skoro nie ma polskich funduszy i niezależnych menedżerów, to kto występuje na tych imprezach?

Mariusz: Przedstawiciele korporacji są nieodzownym elementem takich wydarzeń w Polsce, gdzie pełnią rolę partnerów tytularnych. Delegowane osoby omawiają najczęściej ogólną sytuację na wybranych rynkach, np. złota, ropy czy obligacji — generalnie nic wyjątkowego. Jeśli pojawia się ktoś z GPW, a na większych konferencjach zazwyczaj tak jest, mówi o nowych produktach, jakie giełda wprowadziła w ostatnim czasie, np. nowych ETF-ach czy usłudze GlobalConnect, która daje możliwość inwestowania w PLN w akcje czołowych europejskich i amerykańskich spółek. Pozostałą listę prelegentów uzupełniają „eksperci” z popularnych polskich blogów giełdowych lub okołogiełdowych. Tutaj w grę wchodzi prezentacja wszelkiego rodzaju strategii inwestycyjnych, których skuteczność często pozostaje wielką niewiadomą i niewiele ma wspólnego ze strategiami wykorzystywanymi przez zarządzających na Wall Street.

Krzysztof: Z Twojego opisu wynika, że polski rynek finansowy to tradycyjna bankowość z dodatkiem folkloru. Skąd zatem te sentymenty do Wall Street, będącej ich przeciwieństwem?

Mariusz: W latach 90., kiedy powstawała konferencja WallStreet i formował się rynek kapitałowy w Polsce, giełda z Wall Street była synonimem sukcesu i budziła podziw wśród pionierów nowo kształtującego się rynku. Po trzydziestu latach nazwa konferencji pozostała, ale polski rynek kapitałowy, choć bardziej rozwinięty, nadal nie jest nawet namiastką Wall Street. GPW poszła odmienną drogą, a polski rynek często bywa karykaturą tego zachodniego. Świadomość finansowa polskiego społeczeństwa oraz wiedza o funkcjonowaniu rynku kapitałowego znajdują się w ogonie Europy i od lat niewiele się w tej kwestii zmienia. Stąd tym bardziej naturalnym wyborem na obecnym etapie mojego rozwoju było związanie się z amerykańskim rynkiem kapitałowym i zdanie egzaminu Series 3.

Krzysztof: Rozumiem. Wobec tego dla niezależnego profesjonalisty inwestycyjnego nie ma innego wyboru niż kierunek za ocean. Tym bardziej gratuluję wyboru.

Zostaw komentarz